Osobiście (jak zresztą chyba każdy) bardzo cenię sobie muzykę, która jakoś na mnie wpływa. Jest dużo utworów, które pomimo tego, że są fajne, wpadają w ucho i przyjemnie się ich słucha, jakoś nie poruszają. Nie znaczy to, że są złe - takiej muzyki też słucham i ją lubię. Jednak jest też coś więcej. To podobnie jak z filmem, czy książką. Są takie, które dają nam rozrywkę, ale są też takie, które serwują dawkę głębszych emocji. I to naprawdę docieniam. Na ogół jednak - co jest dość zrozumiałe - te 'głębsze' przejawy sztuki wszelakiej nie zdobywają masowej popularności. Jednak istnieją i temu nie da się zaprzeczyć.
Dzisiaj kolejny raz o muzyce. Tym razem o takiej właśnie 'głębszej', albo - co zapewne lepiej zabrzmi - magicznej. Muzyce, którą tworzy Akeboshi.
wtorek, 30 października 2007
niedziela, 14 października 2007
Muzyka japońska #3 - Utada Hikaru
Jeśli ktoś miał do czynienia z japońską muzyką, to na pewno zwrócił uwagę na fakt, że w tekstach znaleźć można dużo angielskich słów. Wrzuconych, jakby losowo. Czasem brzmi to dziwnie, zwłaszcza, że japończycy są sławni za sprawą swych... niezwykłych umiejętności w posługiwaniu się tym językiem. Zresztą tyczy się to nie tylko muzyki. Zapożyczenia z i/lub zjapońszczenia są u nich obecne praktycznie wszędzie i to w dużej ilości. Dlaczego, po kiego grzyba, z jakim skutkiem - to jednak temat na osobny (obszerny!) artykuł:)
Jednak skoro już przy angielskim jesteśmy - na japońskim rynku muzycznym można zaobserwować dość dużą liczbę artystów, którzy mają jakiś związek z tym pierwszym językiem. Czy to mają amerykańskie korzenie, czy przebywali w anglojęzycznym kraju przez długi czas, czy cokolwiek innego - jest ich dość sporo. Nie są to tłumy, jednak popatrzmy np. na rynek polski - mamy kogoś takiego? Hm... Może Lipnicka & Porter. Więcej nie przychodzi mi do głowy. A w Japonii... no, do dziesięciu byśmy doliczyli bez zbytnich problemów.
Dlaczego? Tu znowu trzeba by wejść w kwestię obecności angielskiego w Japonii, czego nie zamierzam teraz robić (ale kiedyś zrobię). Teraz zamierzam napisać parę słów o kolejnej - po Ayumi Hamasaki - divie jpopu, Utadzie Hikaru. Zapraszam!
Jednak skoro już przy angielskim jesteśmy - na japońskim rynku muzycznym można zaobserwować dość dużą liczbę artystów, którzy mają jakiś związek z tym pierwszym językiem. Czy to mają amerykańskie korzenie, czy przebywali w anglojęzycznym kraju przez długi czas, czy cokolwiek innego - jest ich dość sporo. Nie są to tłumy, jednak popatrzmy np. na rynek polski - mamy kogoś takiego? Hm... Może Lipnicka & Porter. Więcej nie przychodzi mi do głowy. A w Japonii... no, do dziesięciu byśmy doliczyli bez zbytnich problemów.
Dlaczego? Tu znowu trzeba by wejść w kwestię obecności angielskiego w Japonii, czego nie zamierzam teraz robić (ale kiedyś zrobię). Teraz zamierzam napisać parę słów o kolejnej - po Ayumi Hamasaki - divie jpopu, Utadzie Hikaru. Zapraszam!
Etykiety:
do przeniesienia,
hikki,
j-pop,
japonia,
jpop,
muzyka,
utada hikaru
wtorek, 18 września 2007
Muzyka japońska #2 - Gackt
Powrót po długiej przerwie. Japońscy artyści często padają ofiarami szydery za sprawą swojego wyglądu. U żeńskiej części dotyczy to na ogół ubioru, a u męskiej... ogólnego wizerunku. Często słyszy się, że taki i taki wokalista wygląda jak pedał, emo, baba, albo nie wiadomo, co. Kto zna Tokio Hotel, ten wie skąd oni zaczerpnęli wzorzec. Jest na to nawet nazwa Visual-kei. I owszem - według standardów wyznaczanych przez naszą kulturę (zachodnią), to to rzeczywiście wygląda jak idź i nie wracaj. Jednak w kontaktach z Japonią trzeba cały czas byćświadomym jednej rzeczy - że to nie jest nasza kultura. I choć dużo od nas przejęła, to wciąż pozostaje całkiem odrębna. Dlatego warto przymknąć oko na wygląd i zainteresować się, co dany artysta przekazuje swoją muzyką.
Gackt
Gackt (Kamui Gakuto) jest dla mnie człowiekiem niezwykłym. Mówi (w różnym stopniu) pięcioma językami: japońskim, angielskim, francuskim, mandaryńskim i koreańskim. Gra na ośmiu instrumentach: trąbce, tubie, rogu, puzonie, pianinie, gitarze (w tym również basowej) i bębnie. Wyszkolony w Karate. Poza tym śpiewa (co jest jego głównym zajęciem) i pisze muzykę. Robi wrażenie? Na mnie tak.
Urodził się w 1973 roku na Okinawie (choć sam uważa, że jest ciut starszy i urodził się w 1540r.). Jego dzieciństwo nie było lekkie. Jego rodzice byli bardzo wymagający, kontrolowali każdy aspekt jego życia. I tak - w telewizji mógł oglądać tylko programy edukacyjne, zaś od trzeciego roku życia zaczął brać lekcje gry na pianinie. Jak można się domyślić, lekcje te on sobie (delikatnie mówiąc) olewał. Zaczął je brać na poważnie, kiedy zauważył, że jego znajomy radzi sobie znacznie lepiej od niego. Od tego czasu przyłożył się do nauki. Dzięki tej rywalizacji nauczył się też grać na innych instrumentach. Później, już jako gwiazda, powiedział: "nie chodzi o to, że ja chcę wygrać, ja po prostu nie chcę przegrać".
W wieku 7 lat Gackt prawie utopił się w oceanie. Jak sam twierdzi, od tego czasu stał się świadom swoich zdolności paranormalnych (m.in. możliwości komunikacji ze zmarłymi członkami rodziny). Od tego czasu też zaczął mieć problemy psychiczne. Rodzice go wyśmiali i niedługo potem wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Po tym, w jaki sposób opisywał swoją chorobę, można stwierdzić, że była to schizofrenia. Spekuluje się, że nie wyleczył się do końca, a jedynie zneutralizował chorobę, stąd jego 'paranormalne zdolności'.
W wieku 17 lat Gackt dowiedział się o istnieniu rocka i w jego stronę skierował swoje zainteresowania. Prawdziwa kariera zaczęła się, kiedy (w 1995r.) dołączył do zespołu Malice Mizer (typowy przykład visual-kei). Grali dośc odważną, progresywną muzykę i wydali z Gacktem dwie płyty. W 1999 roku Gakuto-san odszedł, do końca nie wiadomo, dlaczego. Chodzą spekulacje, że reszcie zespołu nie podobała się jego osobowośc lub gusta muzyczne, które próbował forsować.
Tak rozpoczęła się solowa kariera Gackta. Wydał do tej pory 12 albumów i 28 singli i zyskał niemałą sławę. Nie tylko za sprawą wspaniałego, głębokiego głosu i bardzo dobrych (często przepięknych) aranżacji, ale też bardzo niezwykłego wizerunku. Wspomniane już zdolności paranormalne, data urodzenia, oprócz tego małomówność i tajemniczość wyróżniają go na tle innych artystów. Oprócz tego występy i teledyski Gackta bardzo często są seksualnie sugestywne. Do tego stopnia, że czasem Gackt porusza się na granicy homoseksualności. Jednak jest to raczej zagrywka pod publikę (zwłaszcza żeńską część) i/lub mająca wywołać szok (a wiadomo, że to niesie za sobą zainteresowanie). Zresztą sam Gackt mówi, że o ile emocjonalnie jest w stanie związać się z mężczyzna, to fizycznie... już nie.
Wybrane piosenki:
Oasis
Vanilla
Last Song
I coś, co pokazuje wokalne możliwośći Gackta:
Orenji no Taiyou (live; w spółce z - chyba - Hyde'em)
Shima Uta (live; cover japońskiego hitu)
Gackt jest dla mnie artystą naprawdę niesamowitym. Pomimo wielkich trudności, choroby i ciężkiego dzieciństwa, osiągnął naprawdę wiele. Umie nieprawdopodobnie wiele i ma niesamowity talent. Owszem, jest dziwny, nawet bardzo. Ale ja wolę w jego przypadku słowo 'niezwykły'. Nie jest gwiazdą formatu Ayumi Hamasaki, ale ja jego muzykę stawiam nawet wyżej, niż jej.
Gackt
Gackt (Kamui Gakuto) jest dla mnie człowiekiem niezwykłym. Mówi (w różnym stopniu) pięcioma językami: japońskim, angielskim, francuskim, mandaryńskim i koreańskim. Gra na ośmiu instrumentach: trąbce, tubie, rogu, puzonie, pianinie, gitarze (w tym również basowej) i bębnie. Wyszkolony w Karate. Poza tym śpiewa (co jest jego głównym zajęciem) i pisze muzykę. Robi wrażenie? Na mnie tak.Urodził się w 1973 roku na Okinawie (choć sam uważa, że jest ciut starszy i urodził się w 1540r.). Jego dzieciństwo nie było lekkie. Jego rodzice byli bardzo wymagający, kontrolowali każdy aspekt jego życia. I tak - w telewizji mógł oglądać tylko programy edukacyjne, zaś od trzeciego roku życia zaczął brać lekcje gry na pianinie. Jak można się domyślić, lekcje te on sobie (delikatnie mówiąc) olewał. Zaczął je brać na poważnie, kiedy zauważył, że jego znajomy radzi sobie znacznie lepiej od niego. Od tego czasu przyłożył się do nauki. Dzięki tej rywalizacji nauczył się też grać na innych instrumentach. Później, już jako gwiazda, powiedział: "nie chodzi o to, że ja chcę wygrać, ja po prostu nie chcę przegrać".
W wieku 7 lat Gackt prawie utopił się w oceanie. Jak sam twierdzi, od tego czasu stał się świadom swoich zdolności paranormalnych (m.in. możliwości komunikacji ze zmarłymi członkami rodziny). Od tego czasu też zaczął mieć problemy psychiczne. Rodzice go wyśmiali i niedługo potem wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Po tym, w jaki sposób opisywał swoją chorobę, można stwierdzić, że była to schizofrenia. Spekuluje się, że nie wyleczył się do końca, a jedynie zneutralizował chorobę, stąd jego 'paranormalne zdolności'.
W wieku 17 lat Gackt dowiedział się o istnieniu rocka i w jego stronę skierował swoje zainteresowania. Prawdziwa kariera zaczęła się, kiedy (w 1995r.) dołączył do zespołu Malice Mizer (typowy przykład visual-kei). Grali dośc odważną, progresywną muzykę i wydali z Gacktem dwie płyty. W 1999 roku Gakuto-san odszedł, do końca nie wiadomo, dlaczego. Chodzą spekulacje, że reszcie zespołu nie podobała się jego osobowośc lub gusta muzyczne, które próbował forsować.
Tak rozpoczęła się solowa kariera Gackta. Wydał do tej pory 12 albumów i 28 singli i zyskał niemałą sławę. Nie tylko za sprawą wspaniałego, głębokiego głosu i bardzo dobrych (często przepięknych) aranżacji, ale też bardzo niezwykłego wizerunku. Wspomniane już zdolności paranormalne, data urodzenia, oprócz tego małomówność i tajemniczość wyróżniają go na tle innych artystów. Oprócz tego występy i teledyski Gackta bardzo często są seksualnie sugestywne. Do tego stopnia, że czasem Gackt porusza się na granicy homoseksualności. Jednak jest to raczej zagrywka pod publikę (zwłaszcza żeńską część) i/lub mająca wywołać szok (a wiadomo, że to niesie za sobą zainteresowanie). Zresztą sam Gackt mówi, że o ile emocjonalnie jest w stanie związać się z mężczyzna, to fizycznie... już nie.
Wybrane piosenki:
Oasis
Vanilla
Last Song
I coś, co pokazuje wokalne możliwośći Gackta:
Orenji no Taiyou (live; w spółce z - chyba - Hyde'em)
Shima Uta (live; cover japońskiego hitu)
Gackt jest dla mnie artystą naprawdę niesamowitym. Pomimo wielkich trudności, choroby i ciężkiego dzieciństwa, osiągnął naprawdę wiele. Umie nieprawdopodobnie wiele i ma niesamowity talent. Owszem, jest dziwny, nawet bardzo. Ale ja wolę w jego przypadku słowo 'niezwykły'. Nie jest gwiazdą formatu Ayumi Hamasaki, ale ja jego muzykę stawiam nawet wyżej, niż jej.
sobota, 18 sierpnia 2007
Muzyka japońska #1 - Ayumi Hamasaki
Kilka słów wstępu... Postanowiłem podzielić się moimi doświadczeniami z muzyką z Kraju Kwitnącej Wiśni. Japończycy potrafią tworzyć bardzo dobrą muzykę, tak samo jak amerykanie, czy europejczycy. Jednak ich muzyka na Zachodzie jest prawie nieznana (kto potrafi wymienić jakiegoś japońskiego artystę?).
Na szczęście szatański wynalazek zwany internetem niszczy wszelkie granice, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poznać, co Japończycy natworzyli. Dla człowieka, który nie jest w temacie, może być to jednak trudne - Japonia jest dużym krajem z bardzo rozwiniętą sceną muzyczną, a więc można się zagubić. Ja postaram się nieco rozświetlić drogę.
Jeszcze jedna sprawa. Część osób nie jest w stanie przetrawić japońskiej muzyki. Najczęściej jest to uprzedzenie, że "to japońskie". Śpiewają po japońsku, to się nie da słuchać. Inni twierdzą, że nie lubią jak nie rozumieją o czym ktoś śpiewa. I nic, że wielu z nich nie rozumie też po angielku... Są też tacy, którym nie odpowiada cały styl muzyki. I owszem, zdarzają się typowo japońskie perełki, tak dla nas dziwne, że trudne do zaakceptowania, jednak generalnie muzyka popowa, czy rockowa jest na całym świecie taka sama.
No cóż, ja nie wnikam, komentarz pozostawiam dla siebie. Kogo nie przeraża obcy język, ani fakt, że "to jest przecież japońskie", zapraszam do czytania.
Ayumi Hamasaki
Ayumi Hamasaki (zwana Ayu) to obecnie chyba największa gwiazda jpopu (od japanese pop). Urodzona w 1978 roku w Fukuoce wychowywała się bez ojca. Jako dziecko była modelką. Dorastając była bardzo buntownicza - do tego stopnia, że w wieku 15 lat rzuciła szkołę i przeniosła się do Tokio. Jednak jej niski wzrost (156cm) przekreślił karierę na wybiegu, nie udały się też próby aktorstwa. Prawdopodobnie Ayumi stoczyłaby się gdzieś na dno społeczeństwa, lub żyła na marginesie, gdyby nie szansa dana jej przez los.
Została zauważona na karaoke. Nagrała pierwszą płytę - Nothing from nothing, z dużą domieszką rapu. Nagranie okazało się totalną klapą i wydawało się, że Ayu straciła szansę. Los jednak nie odpuścił i sprawił, że w 1996 roku została dostrzeżona ponownie. Tym razem przez wytwórnię avex. Początkowo odmówiła współpracy, potem jednak przystała na propozycję. Wysłano ją do Nowego Jorku, gdzie brała lekcje śpiewu. Po powrocie w 1998 nagrała singiel Poker face, już czysto popowy, który osiągnął 20 miejsce na liście przebojów.
Od tego czasu kariera Ayumi zaczęła nabierać tempa, by nagle eksplodować w 1999 roku, wraz z wydaniem jej pierwszego albumu A song for XX. Do dziś sprzedała ponad 45 000 000 płyt (wydając 41 singli i 14 albumów) w samej Japonii, co jak dla mnie jest wręcz niewyobrażalne.
Co spowodowało taką sławę? Na pewno sam fakt, że linia melodyczna większości piosenek wpada w ucho, że aranżacje są profesjonalne, a sama artystka dobrze śpiewa (i jest śliczna). Jednak Ayumi znana jest z głębokich i poetyckich tekstów (które zresztą sama pisze), w których porusza tematy samotności, wiary, nadziei, sensu, cierpienia i szczęścia, a nie tylko miłości (jak to jest w większości). Dzięki temu stała się przewodniczką dużej części młodego pokolenia w Japonii.
Również teledyski do jej piosenek są niezwykłe i oryginalne. Bardzo często kryją w sobie jakieś przesłanie i mają jakiś zakamuflowany wymiar.
Ostatnio gwiazda Ayumi trochę przygasła - nie jest ona już najlepiej sprzedającą się artystką (choć wciąż jest w czołówce). Osobiście jednak uważam, że jej nowsza muzyka jest lepsza. Bardziej dojrzała, odważniejsza. Ayu miesza trochę style, nie boi się eksperymentować - mi się to podoba. Ostatnio słychać u niej dużo rockowych brzmień, nie zniknęły jednak klimatyczne ballady, czy 'zwykłe' popowe kawałki.
Uczciwie muszę stwierdzić, że muzyka (zwłaszcza starsze płyty) Ayumi nie zawsze mi się podoba. Zdarza się, że na danej płycie są tylko 3-4 piosenki, które lubię, reszta jakoś mi nie podchodzi. Jednak jest też wiele piosenek, które są fenomenalne, i których mogę słuchać bez końca.
Przykładowe utwory:
Moments
Surreal
Bold & Delicious
Alterna
Rainbow
W okresie swojej świetności Ayumi miała wręcz niesamowity wpływ na kulturę Japonii. Ludzie ubierali się tak jak ona (Ayu zresztą bardzo interesuje się projektowaniem ubrań), dziewczyny używały tych kosmetyków, co ona (np. po występie Ayumi w reklamie bodajże szminki następnego dnia wyprzedano całe jej [szminki] zapasy, około 500 000 sztuk!), było ją widać z każdej strony na okładkach czasopism i billboardach, czy w programach TV.
Obecnie Ayu nie jest już bezkonkurencyjna, nie jest też na szczycie (jest niedaleko poza nim), ale nikt nie odważy się jej zabrać korony królowej jpopu.
Na szczęście szatański wynalazek zwany internetem niszczy wszelkie granice, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poznać, co Japończycy natworzyli. Dla człowieka, który nie jest w temacie, może być to jednak trudne - Japonia jest dużym krajem z bardzo rozwiniętą sceną muzyczną, a więc można się zagubić. Ja postaram się nieco rozświetlić drogę.
Jeszcze jedna sprawa. Część osób nie jest w stanie przetrawić japońskiej muzyki. Najczęściej jest to uprzedzenie, że "to japońskie". Śpiewają po japońsku, to się nie da słuchać. Inni twierdzą, że nie lubią jak nie rozumieją o czym ktoś śpiewa. I nic, że wielu z nich nie rozumie też po angielku... Są też tacy, którym nie odpowiada cały styl muzyki. I owszem, zdarzają się typowo japońskie perełki, tak dla nas dziwne, że trudne do zaakceptowania, jednak generalnie muzyka popowa, czy rockowa jest na całym świecie taka sama.
No cóż, ja nie wnikam, komentarz pozostawiam dla siebie. Kogo nie przeraża obcy język, ani fakt, że "to jest przecież japońskie", zapraszam do czytania.
Ayumi Hamasaki
Ayumi Hamasaki (zwana Ayu) to obecnie chyba największa gwiazda jpopu (od japanese pop). Urodzona w 1978 roku w Fukuoce wychowywała się bez ojca. Jako dziecko była modelką. Dorastając była bardzo buntownicza - do tego stopnia, że w wieku 15 lat rzuciła szkołę i przeniosła się do Tokio. Jednak jej niski wzrost (156cm) przekreślił karierę na wybiegu, nie udały się też próby aktorstwa. Prawdopodobnie Ayumi stoczyłaby się gdzieś na dno społeczeństwa, lub żyła na marginesie, gdyby nie szansa dana jej przez los.Została zauważona na karaoke. Nagrała pierwszą płytę - Nothing from nothing, z dużą domieszką rapu. Nagranie okazało się totalną klapą i wydawało się, że Ayu straciła szansę. Los jednak nie odpuścił i sprawił, że w 1996 roku została dostrzeżona ponownie. Tym razem przez wytwórnię avex. Początkowo odmówiła współpracy, potem jednak przystała na propozycję. Wysłano ją do Nowego Jorku, gdzie brała lekcje śpiewu. Po powrocie w 1998 nagrała singiel Poker face, już czysto popowy, który osiągnął 20 miejsce na liście przebojów.
Od tego czasu kariera Ayumi zaczęła nabierać tempa, by nagle eksplodować w 1999 roku, wraz z wydaniem jej pierwszego albumu A song for XX. Do dziś sprzedała ponad 45 000 000 płyt (wydając 41 singli i 14 albumów) w samej Japonii, co jak dla mnie jest wręcz niewyobrażalne.
Co spowodowało taką sławę? Na pewno sam fakt, że linia melodyczna większości piosenek wpada w ucho, że aranżacje są profesjonalne, a sama artystka dobrze śpiewa (i jest śliczna). Jednak Ayumi znana jest z głębokich i poetyckich tekstów (które zresztą sama pisze), w których porusza tematy samotności, wiary, nadziei, sensu, cierpienia i szczęścia, a nie tylko miłości (jak to jest w większości). Dzięki temu stała się przewodniczką dużej części młodego pokolenia w Japonii.
Również teledyski do jej piosenek są niezwykłe i oryginalne. Bardzo często kryją w sobie jakieś przesłanie i mają jakiś zakamuflowany wymiar.
Ostatnio gwiazda Ayumi trochę przygasła - nie jest ona już najlepiej sprzedającą się artystką (choć wciąż jest w czołówce). Osobiście jednak uważam, że jej nowsza muzyka jest lepsza. Bardziej dojrzała, odważniejsza. Ayu miesza trochę style, nie boi się eksperymentować - mi się to podoba. Ostatnio słychać u niej dużo rockowych brzmień, nie zniknęły jednak klimatyczne ballady, czy 'zwykłe' popowe kawałki.
Uczciwie muszę stwierdzić, że muzyka (zwłaszcza starsze płyty) Ayumi nie zawsze mi się podoba. Zdarza się, że na danej płycie są tylko 3-4 piosenki, które lubię, reszta jakoś mi nie podchodzi. Jednak jest też wiele piosenek, które są fenomenalne, i których mogę słuchać bez końca.
Przykładowe utwory:
Moments
Surreal
Bold & Delicious
Alterna
Rainbow
W okresie swojej świetności Ayumi miała wręcz niesamowity wpływ na kulturę Japonii. Ludzie ubierali się tak jak ona (Ayu zresztą bardzo interesuje się projektowaniem ubrań), dziewczyny używały tych kosmetyków, co ona (np. po występie Ayumi w reklamie bodajże szminki następnego dnia wyprzedano całe jej [szminki] zapasy, około 500 000 sztuk!), było ją widać z każdej strony na okładkach czasopism i billboardach, czy w programach TV.
Obecnie Ayu nie jest już bezkonkurencyjna, nie jest też na szczycie (jest niedaleko poza nim), ale nikt nie odważy się jej zabrać korony królowej jpopu.
piątek, 6 lipca 2007
Chanoyu
O Japońskiej Ceremonii Parzenia Herbaty - Chanoyu - pisałem już przy okazji uroczystości w Centrum Manggha. Ale wypada powiedzieć, na czym to w ogóle polega.
Generalnie ludzie na zdanie "Moja robić japońska ceremonia herbaty" reagują w dwojaki sposób:
- albo śmiechem, że się bawię w głupoty
- albo niezrozumieniem, bo jak z zalewania torebki liptona można zrobić ceremonię i przeżycie duchowe.
Często te dwie opinie się zresztą łączą.
Niestety mało kto naprawdę stara się w to zagłebić, albo chociaż zrozumieć. Cóż, ja nikogo nie zmuszam, ale gadanie, że coś jest głupie/śmieszne/bez sensu, bez poznania tego nie świadczy o szerokim światopoglądzie. Wszyscy jednak ci, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, niech czytają dalej.
Na czym tak naprawdę polega więc Chanoyu?
Może najpierw trochę etymologii... Słowo Chado oznaczające ceremonię herbacianą (w sensie jednego spotkania, w którym jest ona praktykowana), zawiera w sobie dwa inne. 'Cha' to po Japońsku herbata, zaś 'do', oznacza drogę (jak Kendo, Judo). Ktoś, kto miał styczność z czymś z '-do' w nazwie, zapewne już ma ogólne pojęcie, o co chodzi.
Pozostałym śpieszę z wyjaśnieniem. W Chanoyu nie chodzi o sam fakt zaparzania tej herbaty (zalewanie jej wrzątkiem). Na dobrą sprawę herbaty mogło by nie być. '-do' w nazwie jest odpowiednikiem rozwoju człowieka, jakiejś głębszej idei. I tak też jest z ceremonią herbacianą.
Ma ona bardzo uroczysty charakter, choć cała otoczka jest dość surowa i daleka od przepychu. Tradycyjnie odbywa się w specjalnym pawilonie zbudowanym w (również) specjalnym ogrodzie, ale na dobrą sprawę wystarczy pomieszczenie w domu, wyłożone matami tatami.
Skupmy się na tradycyjnej ceremonii herbacianej, tej w specjalnie do tego przygotowanym pawilonie i ogrodzie. Cała materialna otoczka od momentu przekroczenia bramy do ogrodu, poprzez spacer przezeń, krótki postój przy źródełku w celu umycia rąk, aż po wkroczenie do pawilonu, ma sprawiać wrażenie iluzorycznego świata, jakby oderwanego od naszej codziennej rzeczywistości. Do pawilonu wchodzi się przez niskie wejście (trzeba kucnąć). Od tego momentu wszyscy są równi. Choćby z jednym pawilonie zasiadł japoński cesarz, a obok niego zwykły przeciętny człowiek, to w tym jednym miejscu są oni sobie równi.
Wnętrze pawilonu również jest bardzo skromnie urządzone. Znajduje się tu tylko zwój z wykaligafowaną sentencją zen (nawiązującą do okazji lub pory roku), zawieszony w tokonoma - specjalnej wnęce. Oprócz tego może znajdować się również jeden, starannie dobrany kwiat (podobnie jak zwój odpowiedni porze roku). Umeblowanie i pozostały wystrój jest bardzo skromny i wyznaczony przez dwie zasady: wabi (ubóstwo, prostota) i sabi (powściągliwość, stonowane kolory).
Goście siadają wokół paleniska, każdy w określonym miejscu. Jest to ważne, gdyż pierwszy gość (ten na najwyższym miejscu) ma podczas ceremonii równie ważne zadanie, co gospodarz. On wymienia z gospodarzem wszelkie grzeczności, on prowadzi z nim rozmowę, on decyduje, kiedy gospodarz ma zakończyć ceremonię.
Rozmowa dotyczy najczęściej utensyliów, które są w ceremonii używane, zwoju, wystroju pawilonu. Rozmawia się o rzeczach związanych z ceremonią, gdyż poruszanie 'codziennych' spraw nie jest mile widziane. Zaś rozmowa o śmierci, chorobach, czy nieszczęściu jest już skrajnym nietaktem.
Najpierw goście częstowani są lekkim posiłkiem, po czym wychodzą do ogrodu, a gospodarz przygotowuje się do ceremonii, jako takiej.
Po powrocie zaczyna się główna część spotkania. Gospodarz parzy herbatę dla każdego z gości. Najpierw (symbolicznie) czyści utensylia, następnie dokładnie ustalonymi ruchami nasypuje sproszkowanej zielonej herbaty do czarki (przy pomocy bambusowej łyżeczki) i prosi gości o częstowanie się wcześniej podanymi słodyczami (herbata jest gorzka). Następnie zalewa czarkę wodą i miesza bambusowym pędzlem (który wygląda prawie jak pędzel do golenia), aż herbata całkowicie się rozpuści. Podaje ją gościom po kolei, powtarzając za każdym razem te czynności.
Po zakończeniu ceremonii goście dziękują gospodarzowi i oglądają jeszcze utensylia.
Tak to wygląda, gdy obserwuje to ktoś trzeci. Ale jest też w tym wszystkim warstwa duchowa.
Najważniejsze ideały herbaty wyrażają cztery słowa: wa, kei, sei, jaku. Wa
oznacza harmonię, jaka powinna panować w stosunkach międzyludzkich, oraz pomiędzy człowiekiem, a wszystkim, co go otacza. Kei oznacza szacunek. Szacunek do wszystkich ludzi i rzeczy. Sei to czystość, zarówno fizyczna jak i duchowa. Zaś jaku oznacza spokój, stan pokoju ducha. Ludzie herbaty - w oparciu o te ideały - uczą się troszczyć o każdy szczegół oraz starają się doskonalić samych siebie.
O to tak naprawdę chodzi. Aby zatroszczyć się o każdy szczegół, dobrać utensylia stosownie do pory roku, rangi spotkania, gości. Aby dokładnie przestrzegać trudnej etykiety. Aby podejść do tego, nie tylko jak do parzenia kubkowego liptona, czy jak do orientalnej ciekawostki, ale jako do duchowego przeżycia.
Każda ceremonia herbaciana jest niesamowita i jedyna w swoim rodzaju. Ma naprawdę unikalną atmosferę.
Opisałem wersję bardzo tradycyjną. Dzisiaj mało kto ma w Japonii specjalny herbaciany pawilon, nie mówiąc już o ogrodzie. Mało kto też ma na tyle utensyliów, aby je dość dobrze dobrać. Dodatkowo nie wszyscy znają dokładnie etykietę i zasady rządzące Chanoyu. Jest to zrozumiałe - nauka jest długotrwała, często kosztowna ( odmian ceremonii jest masa, a ćwiczyć trzeba dużo), podobnie jak utensylia, na pawilon/ogród mało kto ma miejsce.
W praktyce najczęściej ceremonie odbywają sie w pokoju wyłożonym matami tatami, utensylia nie zawsze są odpowiednio dopasowane, czasem brak nawet zwoju, goście i gospodarz nie wymagają od siebie mistrzowskiego opanowania etykiety i reguł. No i ograniczają się do samej ceremonii, bez posiłku. Choć wiadomo - każdy stara się, na ile potrafi.
Ale sam Daisousho na spotkaniu w Mandze mówił: Ceremonia wydaje się bardzo ograniczać człowieka. Ale tak nie jest. Tak naprawdę ona ma dawać wolność. W gruncie rzeczy nie jest ważne to, gdzie ona sie odbywa, czy są odpowiednie utensylia, w jakim stopniu zgromadzeni umieją ją przeprowadzać. Na dobrą sprawę mogłoby nie być herbaty. Chodzi o to, by na chwilę wyłączyć się od całego zgiełku. Poczuć w sobie wa, kei, sei, jaku. Wyjść z takiej ceremonii lepszym i o coś wzbogaconym. Wtedy można mówić o "udanej czarce herbaty".
Trochę to pomieszane? W skrócie chodzi o to, że gospodarz (oraz goście) ma się starać przeprowadzić spotkanie jak najbliższe ideałowi. Dobrać utensylia jak dobrze jest w stanie, przeprowadzić ceremonię jak najlepiej umie. Ale to, że nie ma np. odpowiedniego zwoju na zimę, czy czarki pasującej do reszty utesyliów, lub też jeśli zdarza mu się popełnić błąd przy samym parzeniu nie jest wystarczającą przeszkodą, aby do spotkania nie doszło. Ważne są starania i przeżycie wewnętrzne.
Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej, zawsze może mnie zapytać:)
Polecam też książkę napisaną przez Daisousho, a wydaną niedawno w Polsce:
Sen Soshitsu, O duchu herbaty. Poznań 2007, Jeżeli P To Q Wydawnictwo
traktującą oczywiście o herbacie.
Generalnie ludzie na zdanie "Moja robić japońska ceremonia herbaty" reagują w dwojaki sposób:
- albo śmiechem, że się bawię w głupoty
- albo niezrozumieniem, bo jak z zalewania torebki liptona można zrobić ceremonię i przeżycie duchowe.
Często te dwie opinie się zresztą łączą.
Niestety mało kto naprawdę stara się w to zagłebić, albo chociaż zrozumieć. Cóż, ja nikogo nie zmuszam, ale gadanie, że coś jest głupie/śmieszne/bez sensu, bez poznania tego nie świadczy o szerokim światopoglądzie. Wszyscy jednak ci, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, niech czytają dalej.
Na czym tak naprawdę polega więc Chanoyu?
Może najpierw trochę etymologii... Słowo Chado oznaczające ceremonię herbacianą (w sensie jednego spotkania, w którym jest ona praktykowana), zawiera w sobie dwa inne. 'Cha' to po Japońsku herbata, zaś 'do', oznacza drogę (jak Kendo, Judo). Ktoś, kto miał styczność z czymś z '-do' w nazwie, zapewne już ma ogólne pojęcie, o co chodzi.
Pozostałym śpieszę z wyjaśnieniem. W Chanoyu nie chodzi o sam fakt zaparzania tej herbaty (zalewanie jej wrzątkiem). Na dobrą sprawę herbaty mogło by nie być. '-do' w nazwie jest odpowiednikiem rozwoju człowieka, jakiejś głębszej idei. I tak też jest z ceremonią herbacianą.
Ma ona bardzo uroczysty charakter, choć cała otoczka jest dość surowa i daleka od przepychu. Tradycyjnie odbywa się w specjalnym pawilonie zbudowanym w (również) specjalnym ogrodzie, ale na dobrą sprawę wystarczy pomieszczenie w domu, wyłożone matami tatami.
Skupmy się na tradycyjnej ceremonii herbacianej, tej w specjalnie do tego przygotowanym pawilonie i ogrodzie. Cała materialna otoczka od momentu przekroczenia bramy do ogrodu, poprzez spacer przezeń, krótki postój przy źródełku w celu umycia rąk, aż po wkroczenie do pawilonu, ma sprawiać wrażenie iluzorycznego świata, jakby oderwanego od naszej codziennej rzeczywistości. Do pawilonu wchodzi się przez niskie wejście (trzeba kucnąć). Od tego momentu wszyscy są równi. Choćby z jednym pawilonie zasiadł japoński cesarz, a obok niego zwykły przeciętny człowiek, to w tym jednym miejscu są oni sobie równi.
Wnętrze pawilonu również jest bardzo skromnie urządzone. Znajduje się tu tylko zwój z wykaligafowaną sentencją zen (nawiązującą do okazji lub pory roku), zawieszony w tokonoma - specjalnej wnęce. Oprócz tego może znajdować się również jeden, starannie dobrany kwiat (podobnie jak zwój odpowiedni porze roku). Umeblowanie i pozostały wystrój jest bardzo skromny i wyznaczony przez dwie zasady: wabi (ubóstwo, prostota) i sabi (powściągliwość, stonowane kolory).
Goście siadają wokół paleniska, każdy w określonym miejscu. Jest to ważne, gdyż pierwszy gość (ten na najwyższym miejscu) ma podczas ceremonii równie ważne zadanie, co gospodarz. On wymienia z gospodarzem wszelkie grzeczności, on prowadzi z nim rozmowę, on decyduje, kiedy gospodarz ma zakończyć ceremonię.
Rozmowa dotyczy najczęściej utensyliów, które są w ceremonii używane, zwoju, wystroju pawilonu. Rozmawia się o rzeczach związanych z ceremonią, gdyż poruszanie 'codziennych' spraw nie jest mile widziane. Zaś rozmowa o śmierci, chorobach, czy nieszczęściu jest już skrajnym nietaktem.
Najpierw goście częstowani są lekkim posiłkiem, po czym wychodzą do ogrodu, a gospodarz przygotowuje się do ceremonii, jako takiej.
Po powrocie zaczyna się główna część spotkania. Gospodarz parzy herbatę dla każdego z gości. Najpierw (symbolicznie) czyści utensylia, następnie dokładnie ustalonymi ruchami nasypuje sproszkowanej zielonej herbaty do czarki (przy pomocy bambusowej łyżeczki) i prosi gości o częstowanie się wcześniej podanymi słodyczami (herbata jest gorzka). Następnie zalewa czarkę wodą i miesza bambusowym pędzlem (który wygląda prawie jak pędzel do golenia), aż herbata całkowicie się rozpuści. Podaje ją gościom po kolei, powtarzając za każdym razem te czynności.
Po zakończeniu ceremonii goście dziękują gospodarzowi i oglądają jeszcze utensylia.
Tak to wygląda, gdy obserwuje to ktoś trzeci. Ale jest też w tym wszystkim warstwa duchowa.
Najważniejsze ideały herbaty wyrażają cztery słowa: wa, kei, sei, jaku. Wa
oznacza harmonię, jaka powinna panować w stosunkach międzyludzkich, oraz pomiędzy człowiekiem, a wszystkim, co go otacza. Kei oznacza szacunek. Szacunek do wszystkich ludzi i rzeczy. Sei to czystość, zarówno fizyczna jak i duchowa. Zaś jaku oznacza spokój, stan pokoju ducha. Ludzie herbaty - w oparciu o te ideały - uczą się troszczyć o każdy szczegół oraz starają się doskonalić samych siebie.
O to tak naprawdę chodzi. Aby zatroszczyć się o każdy szczegół, dobrać utensylia stosownie do pory roku, rangi spotkania, gości. Aby dokładnie przestrzegać trudnej etykiety. Aby podejść do tego, nie tylko jak do parzenia kubkowego liptona, czy jak do orientalnej ciekawostki, ale jako do duchowego przeżycia.
Każda ceremonia herbaciana jest niesamowita i jedyna w swoim rodzaju. Ma naprawdę unikalną atmosferę.
Opisałem wersję bardzo tradycyjną. Dzisiaj mało kto ma w Japonii specjalny herbaciany pawilon, nie mówiąc już o ogrodzie. Mało kto też ma na tyle utensyliów, aby je dość dobrze dobrać. Dodatkowo nie wszyscy znają dokładnie etykietę i zasady rządzące Chanoyu. Jest to zrozumiałe - nauka jest długotrwała, często kosztowna ( odmian ceremonii jest masa, a ćwiczyć trzeba dużo), podobnie jak utensylia, na pawilon/ogród mało kto ma miejsce.
W praktyce najczęściej ceremonie odbywają sie w pokoju wyłożonym matami tatami, utensylia nie zawsze są odpowiednio dopasowane, czasem brak nawet zwoju, goście i gospodarz nie wymagają od siebie mistrzowskiego opanowania etykiety i reguł. No i ograniczają się do samej ceremonii, bez posiłku. Choć wiadomo - każdy stara się, na ile potrafi.
Ale sam Daisousho na spotkaniu w Mandze mówił: Ceremonia wydaje się bardzo ograniczać człowieka. Ale tak nie jest. Tak naprawdę ona ma dawać wolność. W gruncie rzeczy nie jest ważne to, gdzie ona sie odbywa, czy są odpowiednie utensylia, w jakim stopniu zgromadzeni umieją ją przeprowadzać. Na dobrą sprawę mogłoby nie być herbaty. Chodzi o to, by na chwilę wyłączyć się od całego zgiełku. Poczuć w sobie wa, kei, sei, jaku. Wyjść z takiej ceremonii lepszym i o coś wzbogaconym. Wtedy można mówić o "udanej czarce herbaty".
Trochę to pomieszane? W skrócie chodzi o to, że gospodarz (oraz goście) ma się starać przeprowadzić spotkanie jak najbliższe ideałowi. Dobrać utensylia jak dobrze jest w stanie, przeprowadzić ceremonię jak najlepiej umie. Ale to, że nie ma np. odpowiedniego zwoju na zimę, czy czarki pasującej do reszty utesyliów, lub też jeśli zdarza mu się popełnić błąd przy samym parzeniu nie jest wystarczającą przeszkodą, aby do spotkania nie doszło. Ważne są starania i przeżycie wewnętrzne.
Jeśli ktoś chce się dowiedzieć więcej, zawsze może mnie zapytać:)
Polecam też książkę napisaną przez Daisousho, a wydaną niedawno w Polsce:
Sen Soshitsu, O duchu herbaty. Poznań 2007, Jeżeli P To Q Wydawnictwo
traktującą oczywiście o herbacie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)